Nawigacja








Byłem Świadkiem Jehowy – świadectwo Rafała

Na początek chciałbym napisać coś o sobie. Czyli trochę wspomnień.

Urodziłem się 08.10.1966 r. w małej miejscowości nad morzem, jako pierwszy z dzieci moich kochanych rodziców. Z początku mieszkaliśmy w małym mieszkanku na czwartym piętrze, [dokładnie nie pamiętam kiedy przeprowadziliśmy się do większego na tym samym piętrze]. Tata pracuje w największym przedsiębiorstwie w naszej miejscowości, a swego czasu było ich trochę. Mama zajmowała się domem.

Nasza rodzina była rodziną katolicką. Jak w normalnej rodzinie obchodziliśmy wszystkie święta, chodziliśmy do kościoła i byliśmy szczęśliwą rodziną. Nie powiem, że było idealnie, [ale tylko w serialach jest idealnie] a w normalnym życiu są normalne problemy i kłopoty.

W roku 1971 przychodzi na świat mój brat Marcin, cieszyłem się, że nie będę sam i będę miał się z kim bawić. Niestety życie nie zawsze układa się tak jak byśmy chcieli. Mój brat był chory i mimo leczenia, niestety zmarł. Miało to wpływ na mnie, no cóż do końca nie rozumiałem co się stało i przyznam szczerze, że nie bardzo pamiętam, co się wtedy działo. Jedno jednak pamiętam mojego malutkiego brata w trumnie ubranego na biało. Na zdjęciach z tamtego okresu jakie oglądałem, to pamiętam, że tata trzymał mnie wtedy na rękach.

Po tym coś „zgrzytnęło” w rodzinie, tata chyba nie bardzo sobie radził z tym wszystkim i uciekł trochę do alkoholu. W roku 1972 na świat przychodzi moja pierwsza siostra, jest super w końcu mam się z kim bawić. Ale przyszedł też czas szkoły, mama opowiadała, że jak mnie zaprowadziła do szkoły pierwszy raz, to myślała, że jestem najmniejszy w klasie, ale okazało się, że był chłopiec mniejszy ode mnie.

W szkole jak to w szkole na początku wszystko jest łatwe, nie było dużo nauki, więcej zabawy. Pamiętam swoją pierwszą książkę w szkole, Elementarz. W drugiej klasie trochę zamieszania, bo to czas komunii, jak przystało na chłopca z katolickiej rodziny też przystępowałem do tej ważnej uroczystości w życiu. Przyznam się drogi czytelniku, że nie pamiętam tych zdarzeń, no cóż byłem mały, i czas już robi swoje. Później zostałem ministrantem, pamiętam jaka mama była dumna ze mnie. Jako ministrant byłem bardzo oddany temu co robiłem, zresztą lubiłem to. Po głowie tłukło mi się nawet, żeby zostać księdzem.

Przyznam szczerze, że nawet byłem w tym utwierdzany przez kapłanów naszej parafii, a i rodzice nie odwodzili mnie od tego pomysłu. Szkoła podstawowa szybko dobiegła końca i trzeba było dokonać wyboru, gdzie iść dalej do szkoły. Jak już wspomniałem, był czas kiedy miałem powołanie, ale jak to młody człowiek, u którego w tym okresie zaczyna się burza hormonów, [nie byłem obojętny na dziewczęce wdzięki] i w tym okresie przeżywam swoją pierwszą miłość.

Moja wybranka miała na imię Dorota i co ciekawe poznaliśmy się w kościele. Ale ja niestety jeszcze w tamtym czasie nie potrafiłem na stałe ulokować swoich uczuć i były inne dziewczyny. Doprowadziło to do tego, że moje powołanie gdzieś zostało stłumione. W tym miejscu muszę nadmienić, że miałem święcenia lektoratu, pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj, uroczystość bez udziału ludzi, ale był biskup, który nas wyświęcał, [było nas chyba ośmiu]. Z tej grupy dwóch jest księżmi, z czego jeden jest biskupem. Pozostałym los zgotował inne życie.

Po ukończeniu szkoły podstawowej poszedłem dalej uczyć się do szkoły gastronomicznej. Okres nauki trwał trzy lata, Czas mijał szybko, były kolejne dziewczyny i kolejne złamane serca.

W tym czasie moje powołanie wracało do mnie, ale jakoś nie zdecydowałem się pójść tą drogą. Tak naprawdę, to nie wiem dlaczego, i co było powodem, że nie wybrałem kapłaństwa - pewnie już się nie dowiem. Po trzech latach nauki idę dalej się uczyć i podejmuję naukę w technikum.

W tym czasie poznaję dziewczynę o imieniu Bożena, teraz wiem, że była to moja pomyłka. Byłem tak zaślepiony miłością, że przez tą miłość przysporzyłem wiele problemów swoim rodzicom. Tak łącznie z tym, że posunąłem się do tego, że ukradłem z domu pieniądze. Chciałem zaimponować dziewczynie i nakupiłem jej pierścionków. Potem ze wstydu uciekłem z domu nie było mnie dwa dni.

Przez to wszystko stracili rodzice do mnie zaufanie i tak naprawdę to nie wiem, czy odzyskałem to zaufanie mimo, że upłynęła już wiele lat. No cóż uczucia dziewczyny okazały się słabe i mnie zostawiła. Wpadła w objęcia innego, ale nie żałuję widocznie tak miało być.

Patrząc na to wszystko dochodzę do wniosku, że poza seksem nic nas nie łączyło. Oczywiście przez to wszystko nie skończyłem technikum. I co dalej. Dorwało mnie wojsko, tak mi się to spodobało, że zachciało mi się zostać żołnierzem zawodowym. I tak po okresie unitarnym trafiam do jednostki wojskowej, gdzie kadra odpowiednio mnie pokierowała. Chciałem iść do szkoły kwatermistrzowskiej, ale okazało się, że zmienili zasady i trzeba było mieć średnie wykształcenie. Aby się nie wycofać, wybrałem szkołę pancerną. Wiedziałem, że jako gastronom będę miał ciężko, ale myślałem sobie - jakoś to będzie.

Jak zwykle znowu wpadam w złe towarzystwo i wyleciałem ze szkoły. Aby wyjść z twarzą, zostaję w wojsku jako podoficer zawodowy. Można powiedzieć że spełniłem swoje marzenie. Ale nie do końca. Jak byłem w pierwszej jednostce, pracowało mi się dobrze, ale znowu splot różnych wydarzeń spowodował, że zmieniłem jednostkę. Można by było powiedzieć, że jak do tej pory miałem pod górkę. No, ale okres pecha myślałem, że mam za sobą.

Mieszkałem w hotelu wojskowym, blisko kasyna. Było dobrze. Życie kawalera i to jeszcze wojskowego było fajne. Aż do momentu kiedy na mojej drodze stanęła córka wojskowego. Właściwie traktowałem ją wówczas jako nic zobowiązującego, ale życie miało pokazać, że będzie inaczej. I tak też było. Okazało się, że nasza chwila zapomnienia zaowocowała dzieckiem, a że ja nie chciałem uciekać od odpowiedzialności wziąłem ten obowiązek na siebie. Był ślub, a jakże wesele też, wszystko odbyło się tak jak trzeba. Ale nie było to z miłości, tylko z obowiązku i własnej głupoty. Czułem, że to małżeństwo nie będzie szczęśliwe.

Robiłem wszystko, żeby wszystko było dobrze. Pomimo wad byłem dobrym mężem i ojcem. Ale niestety moja żona była młoda i nie wyszumiała się wcześniej. Ja chciałem domu z prawdziwego zdarzenia, a jej w głowie była zabawa, i niestety musiała skończyć szkołę. Kiedy syn miał sześć lat, ja się rozchorowałem - w sumie nic wielkiego, ale wylądowałem w szpitalu. Niestety żona tej próby nie wytrzymała. Po wyjściu ze szpitala nasze małżeństwo uległo rozpadowi. Nastąpił rozwód i czas życia w samotności.

Było to dla mnie ciężkie przeżycie, tym bardziej, że z tego związku miałem syna. Załamałem się, zacząłem sięgać po alkohol. Stoczyłem się na dno, ale wtedy moi przyjaciele, [małżeństwo] podali mi pomocną dłoń. Wyciągnęli mnie z dołka. Muszę przyznać że zawdzięczam im wiele, a przede wszystkim to, że nie pozwolili mi się stoczyć na dno.

Byłem jeszcze młody więc całe życie nie będę żył w samotności. Poznałem kobietę, też po przejściach, też jej się nie udało pierwszy raz. Bałem się tego związku z początku, bo moja wybranka miała dziecko, córkę i nie wiedziałem, czy zostanę zaakceptowany.

Moje obawy prysły jak bańka mydlana, córka Marzeny mnie zaakceptowała, a nawet zaczęła wołać tato. Byłem szczęśliwy. Po krótkim okresie znajomości postanowiliśmy się pobrać. Aby było wszystko jak sie należy .I 21.04.1995 r. wzięliśmy ślub. Z wiadomych powodów był to tylko ślub cywilny.

Zamieszkaliśmy w naszym mieszkaniu. W życiu jak to w życiu są wzloty i upadki. I u nas też tak było. W roku 2002 przychodzi na świat nasz ukochany syn Kuba. Powinno być od tego momentu wszystko dobrze, ale było inaczej. Nie wszystko układało się tak jak powinno, ale ja nie traciłem nadziei. Myślalem, że w końcu się ułoży, i że będziemy szczęśliwą kochającą rodziną.

W tym czasie oczywiście chodziłem do kościoła jak każdy katolik - pomimo tego, że nie wszystko mi się podobało, i że nie ze wszystkim się zgadzałem. Zaufanie do instytucji kościelnej straciłem po tym jak kościół zamiast zajmować się aspektami wiary zaczął zajmować się polityką. Którejś niedzieli w wybory, kiedy trzeba było oddać swój głos na SLD lub Solidarność, ksiądz po płomiennym politycznym kazaniu wypowiada słowa, cytuję z pamięci: szatanie idź zrób co masz zrobić, według niego ci co oddadzą głos na SLD są prowadzeni przez szatana.

To przelało moją czarę goryczy. Wstałem wtedy, wyszedłem i już do kościoła nie poszedłem. W tym czasie był jakiś dziwny okres wzmożonej aktywności Świadków Jehowy, o których jeszcze nic nie wiedziałem. Aż do chwili kiedy zapukali do nas pierwszy raz.

Tak jak napisał David A. Reed w swojej książce przychodzą w najbardziej nieodpowiednim momencie, kiedy jesteś w łóżku, gdy z rodziną właśnie zasiadasz do niedzielnego obiadu, lub kiedy dotknęła ciebie jakaś tragedia, lub gdy straciłeś zaufanie do kogoś lub czegoś. Tak jak ja, kiedy straciłem zaufanie do instytucji kościoła.

Pamiętam jak dziś, że przyszło do mnie dwóch elegancko ubranych panów w garniturach. Byli mili i grzeczni. Nasza pierwsza rozmowa była bardzo krótka, po prostu podziękowałem im twierdząc, że mnie to nie interesuje. No cóż myślałem, że będę miał spokój, nawet nie wiecie jak bardzo się myliłem.

Panowie niestety byli natrętni jak mucha w upalny dzień. Za tydzień przyszli znowu, i znowu ta sama śpiewka. Ja z uporem maniaka, znowu powiedziałem, że dziękuje bardzo. No cóż na dłuższy czas miałem spokój. Myślałem sobie, co to za ludzie, mówisz im dziękuje, a oni jak bumerang wracają. Takie wizyty się powtarzały, aż już nawet żona była zła.

W końcu któreś wizyty mówię sobie, no dobra wysłucham co maja do powiedzenia. Przyszli jak zwykle elegancko ubrani, grzeczni, wysłuchałem co mają do powiedzenia. Pamiętam, że wtedy wręczyli mi traktat, można powiedzieć reklama tego co mi powiedzieli w skrócie.

Oczywiście grzecznie zapytali, czy mogą mnie odwiedzić ponownie, no powiedzmy za tydzień. Ja nieświadomy podstępu zgodziłem się. Oczywiście w tym czasie cały czas pracuję w wojsku, i kiedyś kiedy wracałem z pracy autobusem zobaczyłem grupę ludzi ładnie ubranych, a wśród nich jednego z tych którzy mnie odwiedzali, gdy tak się przyglądałem ten człowiek po prostu bardzo niekulturalnie zaczął się zachowywać a wręcz nawet użył bardzo niewybrednego słownictwa przy tym używając niecenzuralnych gestów. No cóż pokazał dwa swoje oblicza, tak bardzo utkwiło mi to w pamięci, że postanowiłem nie rozmawiać więcej z tymi osobami. Powiedziałem żonie, że ma im powiedzieć, że nie chcę z nimi rozmawiać.

Oczywiście przyszli, żona powiedziała im, że nie mam ochoty z nimi rozmawiać, i że dziękuję. Jak myślicie dali za wygraną, nic z tego. Przychodzą z uporem maniaka, żona w końcu ma dość i mówi żebym to ja im powiedział, że nie chcę z nimi rozmawiać. Wychodzę do nich i mówię, niestety wszystko fajnie, ale ja pracuję w wojsku i nic z tego nie będzie, do puki tam pracuję, tak że dziękuję.

Grzecznie podziękowali, ale zadali pytanie kiedy odchodzę z wojska, powiedziałem, że nie wiem, i że jak odejdę to może wtedy porozmawiamy. No cóż dali mi spokój na dłuższy czas. Sytuacja w moim życiu zmieniła się, w wojsku zachodziły zmiany, ja jakoś nie potrafiłem sobie poradzić z tym wszystkim, i stało się, że pod wpływem emocji podejmuję nie do końca przemyślaną decyzję. Tą decyzją jest moje odejście z wojska.

Zachowałem się bardzo nierozsądnie, ale wtedy niestety emocje wzięły górę nad rozsądkiem. Zaczął się nowy etap w moim życiu, etap cywila. Z początku tryskałem energią, nie sądziłem że to będzie takie trudne. Chodzi mi o to, że w tym czasie z pracą zaczynało być coraz gorzej, ale jakoś sobie radziłem. W domu jak to w domu, nie było sielanki, problemy z piciem alkoholu przez moją żonę zaczęły mnie przytłaczać. Po prostu zaczynałem sobie z tym wszystkim nie radzić. Kochałem żonę bardzo i nie chciałem jej stracić, tym bardziej że mieliśmy tak wspaniałego synka. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze problemy z córką żony, zaczęła wchodzić w okres dojrzewania i niestety zaczęła się buntować. Do tego jeszcze doszło jej nieodpowiednie towarzystwo. Z tym akurat sobie poradziłem, ale z buntowniczym charakterem już sobie nie radziłem.

Nie potrafiłem pomóc żonie w jej problemie, dochodziło do tego, że jak nigdy tego nie robiłem zaczęłam używać przemocy w chwilach kiedy żona była pod wpływem alkoholu. Nawet nie wiecie jak bardzo mi wstyd z tego powodu. Zapadłbym się pod ziemię gdybym mógł. W tej całej swojej niemocy uciekłem do swojego świata, zająłem się intensywnie sportem, zacząłem chodzić na siłownię, wszystkie wolne pieniądze inwestowałem w ten sport. Nie wiedziałem wtedy, że tak naprawdę powinienem szukać pomocy u Boga i modlić się do Niego, jak na przykład psalmista Dawid „Panie, wysłuchaj modlitwy mojej i wołanie moje niech dojdzie do Ciebie! Nie ukrywaj oblicza swego przede mną w dniu niedoli mojej,nakłoń ku mnie swe ucho w dniu, kiedy cię wzywam,śpiesznie mnie wysłuchaj!”( BW Ps 102:3)

Czyż to nie piękna modlitwa ale ja w ogóle zapomniałem, że istnieje ktoś taki jak Bóg. Jest to przykre ale tak było. No cóż wtedy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zjawiają się oni. Kto? Oczywiście Świadkowie Jehowy.

Przyszli jak zwykle we dwóch, jeden niższy szczuplejszy, drugi trochę wyższy i słusznej postury, tak jakoś się chował za tego niższego. Pamiętam, że się przedstawili jeden miał na imię Mariusz drugi Maciek. Ujęli mnie spokojem i ciepłem jakie od nich emanowało.

Z początku rozmowa przebiegała na korytarzu, ale ja naiwnie zaprosiłem ich do przedpokoju. Wzbraniali się mówiąc, że przyszli tylko na chwilę, ale w końcu weszli. Rozmowa była serdeczna i rzeczywiście krótka. W czasie rozmowy Mariusz zaproponował mi studium Biblii, na podstawie książki „Czego naprawdę uczy Biblia.” Wówczas nie wiedziałem jakie to będzie miało skutki, ale się zgodziłem. Moja żona sceptycznie podchodziła do tego, ja natomiast powiedziałem jej, że to nic strasznego, że można posłuchać co mają do powiedzenia.

Żona zadzwoniła do swojej mamy i powiedziała, że zwąchałem się ze Świadkami Jehowy. Ja zapewniłem wtedy swoją teściową, że mnie nie przekabacą. Nawet nie wiecie jak bardzo się wtedy myliłem. Już wtedy przypominałem ślepca.

Rozpoczęło się studium u mnie w domu. Najpierw była to broszura, której tytułu nie pamiętam, a dopiero po niej książka, której tytuł wymieniłem wcześniej. Wiedzę chłonąłem bardzo szybko. W tym czasie otrzymałem od Mariusza przekład Pisma Świętego, [wydanego przez Świadków] twierdził że jest to jedyny wierny przekład, i że inne są przekłamane. Ja oczywiście mu uwierzyłem.

Muszę przyznać, że bardzo sprawnie posługiwali się Biblią i zawsze potrafili odnaleźć właściwy werset. Myślałem wtedy, że rzeczywiście znają Biblię. Coraz bardziej byłem przekonany do słuszności tego co mi mówili. Następnym etapem było zachęcenie mnie do przyjścia na zebranie. Ja oczywiście się zgodziłem.

Na pierwsze zebranie poszliśmy całą rodziną. Ja ubrałem się elegancko w koszulę krawat, nawet nabyłem czarną teczkę, w którą zapakowałem Biblię. Na zebraniu wspaniała serdeczna atmosfera. Wszyscy mili, serdeczni, podchodzili, witali się. Pomyślałem to jest to, prawdziwa chrześcijańska rodzina, niczego podobnego wcześniej nie doświadczyłem.

Byłem zauroczony, żona niekoniecznie - podchodziła do wszystkiego z rezerwą. Ja wtedy jej nie słuchałem. Byłem zaślepiony tym wszystkim i tak naprawdę żadne rozsądne argumenty do mnie nie trafiały.

Zacząłem uczęszczać na zebrania, czasami z żoną, czasami tylko z synem. Żona w końcu przestała ze mną chodzić, ja byłem na nią zły. Tłumaczyłem jej, że tam ma dobre towarzystwo, ale żona nie chciała mnie słuchać, powiedziała, że jej to nie odpowiada i koniec.

No cóż dałem sobie na razie spokój. Studium trwało, ja coraz bardziej się wciągałem, mimo nieraz niektórych wątpliwości. Mariusz skutecznie obalał moje rozterki, jak nie wersetami to logiczną argumentacją, tak mi się wtedy bynajmniej wydawało.

Pierwszy zgrzyt pojawił się kiedy doszliśmy do momentu na czym umarł Jezus. Świadkowie twierdzili, że umarł na palu, a ja jakoś nie mogłem tej argumentacji przetrawić i zacząłem szukać informacji.

Pracowałem wtedy w Uniwersytecie im. Kardynała St. Wyszyńskiego, jako pracownik ochrony. Mając dostęp do komputera i internetu znalazłem sporo informacji, które nie potwierdzały słów Świadków. Wydrukowałem to wszystko i dałem Mariuszowi żeby przejrzał to, i się do tego ustosunkował.

Jak myślicie, czy przeczytał to co mu dałem?

Stwierdził, że jest to literatura odstępcza, a ja mam sam podjąć decyzję czy zgadzam się z tym, czy z naukami, które on mi do tej pory przekazał. Powiedział jeszcze, że jeżeli przyjmę tamto to kończy studium. Powiem szczerze, że z początku byłem w szoku, zadawałem sobie pytanie dlaczego tego nie przejrzał. Nie wiem co tak naprawdę spowodowało, że wyrzuciłem wszystko. Może to był strach przed utratą, tak mi się zdawało, „prawdziwych przyjaciół.” Jak się później okazało bardzo się myliłem. Dlatego celowo w cudzysłów wziąłem słowa prawdziwych przyjaciół.

No dobrze studium było kontynuowane. W między czasie zostałem zachęcony, żeby zostać nieochrzczonym głosicielem, i żeby przystąpić do teokratycznej szkoły. Co to jest? Ni mniej ni więcej jest to pranie mózgu i doskonalenie technik skutecznego głoszenia w różnych sytuacjach.

To tak w skrócie czym zajmuje się szkoła prowadzona przez Świadków. Zaczynam głosić, tak mi się wydawało prawdę, prawdę którą przedstawiali Świadkowie. Zacząłem wmawiać ludziom, że ich wiara jest zła, że jedyna droga do zbawienia prowadzi poprzez jedyną organizację wybraną przez Boga na ziemi. Oczywiście była to bzdura, ale ja tak bardzo w to wierzyłem, że reagowałem różnie na ludzi, którzy mówili co innego. Zanim zakończyliśmy studium, zdecydowałem się na chrzest w wydaniu świadków, gdyż twierdzili, że tylko tak mogę osiągnąć zbawienie i odpuszczenie grzechów.

...: Bóg jest światłością i nie ma w Nim żadnej ciemności. Jeżeli mówimy,że mamy z Nim łączność, a chodzimy w ciemności, to kłamiemy i nie postępujemy zgodnie z prawdą. Jeżeli zaś chodzimy w światłości, tak jak i On jest w światłości, to wtedy pozostajemy w łączności ze sobą, a krew Jezusa, Jego Syna,oczyszcza nas z wszelkiego grzechu. Jeżeli mówimy, że nie mamy grzechu,to sami siebie zwodzimy i nie ma w nas prawdy (BP 1 : 5-8).

Szkoda, że wtedy nie przeczytałem tego wersetu z właściwym zrozumieniem, bym wiedział jak bardzo grzeszę przeciwko Bogu i Jezusowi Chrystusowi. Międzyczasie oczywiście za namową swojej nowej wielkiej rodziny, zacząłem pozbywać się z domu wszystkiego co było związane z religią żony, nie brałem pod uwagę jej uczuć, jej argumentów tylko mówiłem, że tak ma być i koniec. Pozbyłem się wszystkiego łącznie z krzyżem, po prostu wyrzuciłem go do śmieci.

Powiecie zapewne co za potwór, ale wtedy nic innego się nie liczyło tylko organizacja. Okazja do chrztu nadarzyła się podczas zgromadzenia na Stadionie Legii, było pochmurno, ale na czas samego chrztu wyszło słońce, wszyscy mówili że to znak od Boga. Zacząłem nowy etap, stałem się ochrzczonym głosicielem i w pełni mogłem brać udział w życiu zboru.

Za namową braci zaczynam prowadzić studium ze swoim synem, żona mówi, że nie ma nic przeciwko temu, ale prawda jest inna, boli ją to, że ja tak bardzo oddalam się od rodziny. A oddalałem się rzeczywiście. Przestałem uczestniczyć w uroczystościach rodzinnych, przestałem obchodzić święta, a nawet powiadomiłem rodziców o tym kim zostałem. No, ale jestem tylko człowiekiem i przychodzi na mnie pierwszy kryzys, związany z moimi problemami w domu z utratą pracy i brakiem pieniędzy.

Wówczas wylewam wszystkie swoje żale i problemy do napotkanych przypadkowo sióstr, myśląc, że nic nie wypłynie dalej. Myliłem się. Starsi oczywiście się dowiedzieli i miałem pierwszą rozmowę wychowawczą w celu skorygowania mojego myślenia. Oczywiście poddaję się skorygowaniu i przepraszam tych na których narzekałem. W tym czasie robię się bardzo aktywny, staram się koniecznie zmusić żonę do wypisania naszego syna z religii, twierdząc że nie uczą go tam prawdy o Bogu tylko wpajają mu same kłamstwa.

Żona się broni, ale tak naprawdę nie znajduje żadnych argumentów, tak naprawdę nie wiem co mnie powstrzymuje przed podjęciem tej decyzji, ale ostatecznie syn chodzi na religię. Moje stosunki w domu, są w tym czasie nie najlepsze, żona jeszcze bardziej się zaczęła pogrążać, a ja miałem swoją tak zwaną rodzinę, która zaczęła mi doradzać co zrobić. Wyjście jakie znaleźli to rozwód. Nie chciałem tego, kochałem żonę i wtedy zacząłem się modlić i prosić Boga o pomoc. Wierzę, że moje modlitwy zostały wysłuchane, w domu wszystko się zmienia i to na lepsze. Cieszę się z tego, w każdym razie jestem szczęśliwy, że tak się stało, że żona przestała pić, i że wszystko zaczęło się układać. W końcu mam rodzinę, no ale co dalej.

Moja żona międzyczasie przeżywa ataki na swoją osobę, [ze strony Świadków] o których ja nic nie wiedziałem. Świadkowie tak naprawdę nikogo z twojego domu nie pozostawią w spokoju. Jest to niestety brutalna prawda. Prawda, która niektórym może się wydać niezrozumiała, ale muszę to napisać wbrew temu co mówią Świadkowie, że kierują się miłością. Tak naprawdę nie mają w sobie miłości do drugiego człowieka, nawet powiem że są pozbawieni jakichkolwiek uczuć. Tak naprawdę to dbają tylko o swoje interesy i interesy organizacji.

Staję się tak gorliwy, że po jednym ze zgromadzeń składam deklarację ustną, że chcę zostać sługom pomocniczym. Oczywiście wszyscy mi przyklasnęli, ale jednym z warunków zasugerowanych mi przez jednego ze starszych było to, że powinienem wypisać syna z religii. Ja znowu nie przyjmuję tego do wiadomości, a nawet mówię, że szanuję wiarę żony i będzie tak jak jest.

Po zakończeniu studium z synem, [książki „Ucz się od wielkiego nauczyciela,” wydanie Świadków Jehowy] oznajmiam, że nie będzie dalszego studiowania z moim synem, i wtedy bracia próbują mnie przekonać żebym jednak studiował z nim. Ale ja byłem uparty i podtrzymałem swoją decyzję, co żona przyjęła z zadowoleniem i radością.

Żona zaczęła przygotowywać syna do pierwszej komunii, ja nie brałem w tym udziału bynajmniej z początku. Poświęciłem się pracy zawodowej i to tak bardzo, że przestałem chodzić na zebrania i do służby. Jeszcze udało mi się też podjąć dodatkowe zajęcie, tak że już całkowicie zaprzestałem bywać z „braćmi.” Czyli ni mniej ni więcej przychodzi kryzys.

W tym czasie odwiedzają mnie tylko dwie siostry, a tak poza tym to żywej duszy nie zobaczyłem. W październiku albo na początku listopada poszedłem na zebranie niedzielne i czułem się obco, jak nie wśród swoich. Zadawałem sobie wówczas pytanie, co ja tu robię. Na tym zebraniu oczywiście rozmawiam z Mariuszem. Mówię mu że chciałbym porozmawiać szczerze, ale on nie ma czasu i obiecuje, że kiedy indziej. Wtedy dojrzewa u mnie myśl że trzeba z tym skończyć. Zrozumiałem, że tak naprawdę to Świadkowie interesują się tobą do czasu, kiedy jesteś im potrzebny do statystyk, tak zwanego wzrostu w organizacji, a później ich zainteresowanie spada do zera. Zacząłem czytać w internecie różne informacje od tak zwanych odstępców i zrozumiałem w końcu, że w organizacji jest fałsz i obłuda.

W grudniu 2010 r. pierwszy raz biorę udział wraz z rodziną w świętach Bożego Narodzenia, dzielę się opłatkiem i jestem szczęśliwy jak nigdy od prawie sześciu lat. Zdałem sobie sprawę jak wiele straciłem przez te lata i jak o mały włos nie straciłem tego wszystkiego. O mały włos nie straciłem bezpowrotnie swojej rodziny. Przez ten czasu co się nie zjawiałem na zebraniach i nie chodziłem do służby, tak naprawdę to nikt nie przyszedł, nie zapytał się czy chociażby jestem zdrowy. Pewnego razu na gg odezwał się jeden z „braci,” i z udawaną szczerością zapytał, co się dzieje, że mnie nie widać, bo bardzo się martwi o mnie razem ze swoją żoną. Ja mu odpisałem, że jak ja się o kogoś martwię, to go odwiedzam, albo dzwonię, a ty się nie odzywasz prawie wcale i raptem piszesz na gg, że się martwisz. Wybacz, ale nie wierzę w szczerość twoich intencji. Odpisał, że mi wybacza, że nie wierzę w szczerość jego intencji i ma nadzieję, że się spotkamy na zebraniu. Nic mu nie odpisałem, bo wiało od niego obłudą i fałszem. Minęło ponad pół roku odzywa się starszy Mariusz i też nie przyszedł i nie zadzwonił tylko przysłał esemesa. Pytał się co się dzieje ze mną, i że chciałby się spotkać i porozmawiać. Ja odpisałem że nic się nie dzieje i o czym chce rozmawiać. On odpisał że no przecież mu obiecałem, że porozmawiamy. Ja odpisałem czy pamięta kiedy to było. On odpisał, że po co te gierki, jak chce się spotkać to żebym podał termin to spotkamy się u mnie lub u niego. Ja znowu odpisałem, czy pamiętasz kiedy to było. On znowu napisał po co te pytania, albo się chcę spotkać albo nie.

Ja wtedy nie wytrzymałem i zadzwoniłem do niego i znowu powtórzyłem pytanie. Mariusz czy pamiętasz kiedy to było jak ja chciałem porozmawiać? On znowu swoje, jak mam się męczyć to żebym napisał list o odejściu. Ja mu odpowiedziałem, że się nie męczę, i że w przeciwieństwie do innych w zborze nie działam na dwa fronty.W każdym bądź razie finał tej rozmowy był taki, że ja powiedziałem do niego, że w końcu odzyskałem rodzinę i do widzenia.

Ta rozmowa utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że tak naprawdę to wcale im na mnie nie zależy, a w swoim życiu nie kierują się wcale miłością. Zamiast przyjść wcześniej porozmawiać, czy w ogóle się zainteresować co się dzieje, to ograniczyli się tylko do rozmowy za pomocą gg i esemesów. To jest tak zwana rodzina, która ponoć kieruje się w swoim życiu zasadami zawartymi w Biblii. Co jak pokazuje życie jest nieprawdą. Potrafią pozostawić samych sobie osoby starsze, twierdząc, że nie prowadzą domów starców, pozostawiają wielu swoich członków z własnymi problemami i tak naprawdę im nie pomagają, a wręcz przeciwnie potrafią udzielać rad nie koniecznie mających związek z naukami Chrystusa, ale wygenerowanymi przez towarzystwo strażnica.

Po tym wszystkim nie miałem już żadnych oporów i w ten sam dzień po rozmowie z Mariuszem wysłałem list o odejściu z organizacji, który zamieszczam poniżej.

Drodzy bracia Piszę ten list do Was, gdyż dojrzałem już do tej decyzji. Na początek chciałbym zamieścić fragment z Pisma Świętego: ”Nie sądźcie,abyście nie byli sądzeni. Albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą„ (Mt 7:1,2).

Celowo zamieściłem ten fragment, żebyście nie osądzali mnie krytycznie z podjętej przeze mnie decyzji. Czytając Pismo Święte i Psalm 32:8, który mówi „Pouczę ciebie i wskażę ci drogę, którą masz iść,”

Doszedłem do wniosku, że Pan Jezus nie jest stworzeniem, ani archaniołem, lecz jedynym w swoim rodzaju Synem Bożym, w którym mieszka cieleśnie „cała pełnia Boskości”(Kolosan 2:9). Ponadto propagowany przez organizację dogmat o dwóch klasach ludzi zbawionych, niebiańskiej i ziemskiej nie znajduje swojego oparcia i uzasadnienia i jest przez organizację mylnie interpretowany, zresztą jak wiele innych nauk. Świadkowie Jehowy są ograbieni z dobrodziejstw Nowego Przymierza, udziału w Wieczerzy Pańskiej i nadziei niebiańskiej. Nadzwyczajna pozycja, jaką przypisuje sobie kierownictwo organizacji oparta jest na fanatycznym oddaniu członków organizacji, będących ślepo posłusznymi, jak i zarazem na chronologicznych i prorockich spekulacjach. Te jakże burzliwe w moim życiu parę lat w organizacji poczyniło ogromne spustoszenie w moim życiu rodzinnym, a właściwie mnie go pozbawiło. Myśląc o tym, że Wasze nauki są słuszne i stosując się do Waszych rad praktycznie odizolowałem się od rodziny nie biorąc udziału w ich życiu, w ich radościach i smutkach, skupiając się tylko na organizacji. Dopiero po czasie zrozumiałem jak wielkim było to błędem, bo chociażby składając dziecku życzenia z okazji urodzin głowy nie stracę, a poza tym sprawiam mu tym radość i nie ma w tym nic złego, a podawanie za powód nie obchodzenia urodzin dwóch negatywnych zachowań akurat opisanych w Piśmie Świętym, wcale nie przekreśla tego wydarzenia i nie stawia go w świetle negatywnym. Poza tym namawianie, a nawet wymuszanie na mnie prowadzenia studium z synem też nie wpłynęło korzystnie na relacje z rodziną; dochodziło na tym tle do sporów i to czasami dość burzliwych, gdyż ja byłem przekonany co do słuszności tego kroku, ale przez wypaczone myślenie ukształtowane przez organizację. Nie brałem pod uwagę uczuć innych i przede wszystkim nie starałem się zaakceptować faktu, że rodzina jest w innej wierze. Czego zresztą Wy również nie robicie, a dowodem są Wasze ataki na inne wyznania i przedstawianie siebie i swojego wyznania jako tej jedynej drogi, podobno prowadzącej do zbawienia.

To wszystko dało mi dużo do myślenia, zresztą wiele razy podkreślałem że jestem pilnym obserwatorem, ale nikt na to nie zwracał uwagi. Od grudnia 2010 roku postanowiłem całkowicie pójść za Panem (Jozuego 14:8). Jezus Chrystus zapłacił zbyt wielką cenę za moją wolność, bym pozostawał jedna nogą w organizacji. Próbowałem jeszcze chodzić na niektóre zebrania, ale nie czułem już radości, źle się czułem. Poza tym gorszyć mnie zaczęły niebiblijne poglądy przedstawiane na zebraniach. Wiem, że będę traktowany jak odstępca lub antychryst, że będziecie mnie unikać, ja jednak nie mam do nikogo urazy, nie czuję goryczy. Nie jestem Waszym wrogiem, lecz przyjacielem. Nie chcę też, żebyście opowiadali o mnie jakieś oszczerstwa, gdyż ja nic złego nikomu z Was nie zrobiłem, ani nikomu nie wyrządziłem żadnej krzywdy. Jeżeli jednak będzie inaczej, to niestety, ale będę musiał zareagować, gdyż nie pozwolę opluwać siebie i mojej rodziny. Bardziej sobie cenię poznanie Syna Bożego (Flp 3:7-11) od przynależności do organizacji uzależnionej od nauk wygenerowanych przez Ciało Kierownicze, które nie mają nic wspólnego z Pismem Świętym.

Jedno muszę przyznać wpoiliście mi wielki szacunek dla Słowa Bożego, do bojaźni Bożej. W przyszłość jednak spoglądam z nadzieją, wierząc, że Pan użyje mnie w swej służbie dla innych ludzi, ale nie w organizacji, która tak bardzo oddaliła się od wielu podstawowych nauk. Nie odchodzę od Boga Jahwe, ale jak już wspomniałem od organizacji, od nauk wygenerowanych przez Russella i innych prezesów, oraz nauk opisanych w Strażnicy, czy innych publikacjach Towarzystwa. Dalej będę pełnił służbę na rzecz Boga Jahwe, w pełni korzystając z Jego Słowa, Pisma Świętego, ale już nie w organizacji. Dlatego mając przed oczami słowa ap. Pawła z 1 listu do Koryntian 8:6, oraz listu do Rzymian 14:4, i w związku z konfliktem mojego sumienia, oraz będąc posłuszny nakazowi z 2 listu do Koryntian 6:17, z bólem w sercu i ze łzami w oczach podjąłem decyzję o odłączeniu się i wycofaniu ze współpracy z Towarzystwem Strażnica. Tym samym wygasa wszelka Wasza władza nade mną. Ponadto w myśl słów z Psalmu 31:19, nie chciałbym żeby moja osoba lub nazwisko było zniesławiane w jakikolwiek sposób, co tyczy się też mojej rodzinny, i tutaj muszę powołać się na prawo cywilne, do przestrzegania którego jesteście zobligowani: KK. Rozdział XXVII art. 212.

Mając na uwadze to że, macie na uwadze troskę o jedność zboru proszę, abyście odczytali mój list do braci oficjalnie, aby mój wizerunek oraz intencje, którymi się kieruję opuszczając zbór były wszystkim znane, nie tylko Wam, i żeby nie było niedomówień i niepotrzebnych plotek.

Włożyłem w ten list sporo trudu, wiele mnie on kosztował bólu, łez i smutku, dlatego chciałbym, żeby był odczytany słowo w słowo, nie w skrócie, gdyż sami dobrze wiecie, że przestawienie słów, czy zastąpienie ich innymi wyrazami zaciera zrozumienie i myśli piszącego. Będę wdzięczny, jeżeli spełnicie moją prośbę, chociaż przyznam szczerze, że w to nie wierzę, ograniczycie się raczej do suchego komunikatu, że nie jestem Świadkiem Jehowy, pozostawiając szeregowych członków organizacji w niewiedzy. A powinniście wiedzieć, że przez takie milczenie dajecie powód do różnych plotek i pomówień, które to z kolei mogą się źle skończyć.

Mimo wszystko niech Bóg Ojciec Wam błogosławi, a Jezus Chrystus Was nie opuszcza. Pozdrawiam. Rafał S.

P.S.: Ostatnie wydarzenia, a w szczególności to, że jeszcze zanim komukolwiek wyjawiłem swoją decyzję, już jakaś osoba ze zboru zaczęła fałszywie świadczyć przeciwko mnie i mówić nieprawdę przeciwko mojej osobie. Nie wiem, co chciała ta osoba osiągnąć, ale jej się to udało, chodzi o zamęt i napięcia. Ale nie to jest najgorsze w tej całej sprawie, tylko to, że w te plotki i bądź co bądź fałszywe pomówienia uwierzył brat Adam, który jest sługą pomocniczym, a mając wyszkolone sumienie na Biblii nie powinien dawać posłuchu tego rodzaju plotkom. Natomiast powinien, zanim powtórzył, a właściwie zanim rzucił mi nimi w twarz, porozmawiać ze mną najpierw na spokojniu, kierując się przy tym tak głoszoną przez Was miłością braterską.

Jednak stało się inaczej; ktoś, kto twierdził kiedyś, że jestem jego przyjacielem pokazał, iż nie kieruje się w swoim postępowaniu miłością braterską i przeczy jakimkolwiek zasadom, publicznie wobec obcych osób rzuca mi w twarz, że ja rozpowiadam jakoby przez niego nie chodzę na zebrania, co oczywiście jest wierutnym kłamstwem, wyssanym z palca przez kogoś. Tym bardziej, że od długiego już czasu z nikim nie rozmawiałem ze zboru. Niestety zarówno brat, jak i ta osoba, której imienia nie chciał mi brat ujawnić, wydali swoim postępowaniem świadectwo całej organizacji. Tą osobę mogę śmiało porównać do Żydów, którzy fałszywie świadczyli przeciwko Jezusowi po to tylko, aby został skazany i aby wprowadzić zamęt. Nie porównuję się tutaj do Pana Jezusa, ale ta cała sytuacja to przypomina. To boli i to tym bardziej, że wielu z Was darzyłem szacunkiem, bo wiem, ile dobrego od Was otrzymałem (chodzi o szacunek do Pisma Świętego, jak i do samego Stwórcy). Nigdy też nie powiem na nikogo z Was złego słowa, mimo tego, że nie wszystko jest idealnie. To wszystko, co się wydarzyło tylko utwierdziło mnie w mojej decyzji o odejściu, ale też przywołuje na myśl słowa z Psalmu 4:3-5, w którym czytamy: „Ludzie, dopókiż lżona będzie cześć moja? Dokąd miłować będziecie próżność i szukać kłamstwa? Wiedzcie, że cudownie okazał mi Pan łaskę, że Pan słyszy, gdy do Niego wołam” (BW). Wszystkie wersety użyte w tym liście pochodzą z Biblii Warszawskiej lub z Biblii Tysiąclecia. Jak widzicie list nie jest pełen nienawiści czy goryczy a wręcz przeciwnie.

Co by nie mówić, to rzeczywiście nauczyli mnie szacunku do Słowa Bożego, ale tylko tego, i nic poza tym. W tym okresie Pan postawił na mojej drodze wspaniałych ludzi, którzy tak jak ja byli w organizacji, ale poznali prawdziwego Jezusa Chrystusa, i którym tak jak i mi spadła przesłona z oczu. Są to kochani ludzie, którzy są dla mnie wsparciem, zarówno duchowym, jak i cielesnym.

Zacząłem poszukiwania prawdziwej ewangelii, jak na razie byłem na jednym takim spotkaniu, ale cóż tam jakoś nie odnalazłem tego czego szukam. Szukam cały czas, mając wsparcie od moich wspaniałych przyjaciół, między czasie przeżyłem wspaniałą uroczystość mojego kochanego synka, komunię jego, i wiem, że nie mógł bym uczestniczyć w tym wszystkim gdybym był w organizacji. A tak miałem całą rodzinę przy sobie i przeżyłem wspaniałe chwile. W tej chwili cieszę się wolnością, umysł mam nie skażony naukami towarzystwa i jest mi z tym dobrze. Moja rodzina jest szczęśliwa, że wróciłem na jej łono. A temu wszystkiemu błogosławi Pan Nasz Jezus Chrystus. Moi drodzy w liście pierwszym Jana 5 – 20, Apostoł napisał takie słowa: „Wiemy też , że Syn Boży przyszedł i dał nam rozum, abyśmy poznali tego, który jest prawdziwy. My jesteśmy w tym, który jest prawdziwy, w synu jego, Jezusie Chrystusie. On jest tym prawdziwym Bogiem i życiem wiecznym.”(BW).

Kochani organizacja w to nie wierzy, a my jeżeli ten werset przyjmiemy i uwierzymy, że Jezus Chrystus jest Bogiem, i że w nim mamy życie wieczne, poprzez Jego krew i zmartwychwstanie, i jeżeli szczerze zwrócimy się do Niego w modlitwie wyznając szczerze nasze grzechy przeciwko Niemu i Ojcu i Duchowi Świętemu, to otrzymamy łaskę przebaczenia i spadnie z naszych oczu zasłona i z powrotem wrócimy na Jego łono, a On otoczy nas opieką.

Rafał



       
    wyślij komuś link
    Ogłoszenia

    Joe Łosiak w Polsce (Październik, Listopad 2017). Po więcej informacji, kliknij tutaj

    Twoje radio - Wiara i Wolność (Chicago wpna 1490 AM, Niedziela 5:00 PM). Po więcej informacji: www.wiaraiwolnosc.pl

    Oferta grupy SNAP. Po więcej informacji, kliknij tutaj

    Jeśli chciałbyś otrzymać darmowy film Jezus (DVD), kliknij tutaj
    Jeśli chciałbyś dowiedzieć się z jakiego powodu,
    kliknij tutaj


    Jeśli chciałbyś zadać pytanie lub wyrazić opinię, kliknij tutaj

    Jeśli masz sugestie
    jak możemy efektywniej służyć Jezusowi,
    kliknij tutaj

    Jeśli na stronie www.zaJezusem.com znalazłeś materiał nie posiadający praw autorskich proszę o kontakt.

     
       
     2898107