Życie na wolności – świadectwo Andrzeja

Spędziłem w celi pół życia. Izbę wytrzeźwień odwiedziłem pierwszy raz w wieku 15 lat – przepiłem swoja pierwsza wypłatę. W moim mieście Gdańsku byłem znany z napadów, agresji i różnych zadym. Moi rodzice rozwiedli się, gdy miałem 14 lat.

Wtedy zacząłem palić i, za przykładem ojca, pić. Wódka pomagała mi zapomnieć o moich krzywdach i problemach. Stawałem się coraz bardziej agresywny, a chcąc zaimponować kolegom lub zaszantażować matkę, kaleczyłem ciało żyletką i robiłem sobie sznyty. Wiedziałem, że jestem nikim, więc nie użalałem się nad sobą, i swoim ciałem. W końcu sięgnąłem po twarde narkotyki: here, koke, ale w jakiś sposób udało mi się zachować kontrolę, i nie wejść w nałóg. Nigdy nie byłem ćpunem.

W 1978 roku po raz pierwszy trafiłem do więzienia za napad. Żeby się z niego wydostać, połykałem dwudziestocentymetrowe pręty i gwoździe. Trafiłem do szpitala – tam było lepiej niż w więzieniu. Po wyjściu na wolność pojawiły się problemy: brak pracy, kasy, mieszkania. Ciągle piłem. Ludzie bali się mnie – moje ciało było całe w bliznach, sznytach i tatuażach, których ciągle przybywało. Zrozumiałem, że jestem alkoholikiem. Poza tym mój organizm był zasyfiony dragami.

Znalazłem się na detoksie. Po krótkim czasie wróciłem do wódki i przestępstw. Ponownie trafiłem do więzienia. Moje życie przypominało ciąg – drobne kradzieże, włamania, napady.

W 1991 roku ożeniłem się z prostytutką. Nasze małżenstwo było wielką pomyłka. Gdy żona zaszła w ciażę, znowu zacząłem pić. W końcu wyrzuciła mnie z domu. Przez jakiś czas mieszkałem u matki, a po jej śmierci trafiłem na dworzec.

Tamten okres był najgorszy w całym moim życiu. Piłem spirytus salicylowy i denaturat. Zamknęli mnie na kolejne cztery lata – tym razem w Barczewie, na oddziale odwykowym. I tak znalazłem się na samym dnie, gdzie myślenie o porządnym życiu jest po prostu śmieszne. Wszelka nadzieja na bycie normalnym człowiekiem była tylko pobożnym życzeniem. W takich miejscach jak oddział odwykowy nie świeci słońce,
jednak udało mi się znależć jego blask.

Podczas sześciomiesięcznego leczenia poznałem Jarka. Zobaczyłem u niego czarną, grubą ksiażkę – to była Biblia. Kiedyś już o Niej słyszałem. Po moich długich namowach zdecydował się mi Ją pokazać. Zaczęliśmy rozmawiać na temat Boga, wiary. Opowiadał, że Jezus, syn Boga, był opluwany, poniżany, męczony, a w końcu został zabity. I, że Chrystus zrobił to właśnie dla mnie, z niepojętej miłości do mnie. Jarek powiedział, że dla Jezusa nie jest ważne to, kim jesteśmy – bez względu na to kocha nas i chce nam pomóc.

Zaproponował mi modlitwę. Podszedłem do tego sceptycznie, jednak zgodziłem się – nie miałem nic do stracenia. Tej nocy rozmawiałem z Bogiem.

Następnego dnia stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałem. Ja, od dwudziestu pięciu lat nałogowy palacz, nie byłem w stanie zapalić nawet skręta. Po prostu mi nie smakował. Przestałem palić! Bóg w ciągu jednej nocy wyleczył mnie także z alkoholizmu. Przestałem przeklinać, ustąpiła moja agresja, bunt. To był cud, dar łaski od Jezusa! On, wielki i potężny Bóg, wyciągnął mnie z samego dna ludzkiego zniewolenia i zmazał to, co oddzielało mnie od Niego
– mój grzech i nieposłuszenstwo.

Chrystus pozwolił mi zacząć od nowa, dał nową szansę na ułożenie życia. Poznałem Piotra Mendrocha, który pomógł mi lepiej poznać Jezusa.

W tym czasie stał się kolejny cud – Bóg uczynił mnie wolnym – dwa dni przed Wielkanocą dostałem warunkowe zwolnienie. Cóz z tego, skoro i tak nie miałem gdzie się podziać. Wtedy Piotr zaprosił mnie do siebie. Otrzymałem od niego pomoc materialną i przede wszystkim duchowa.

Od dziewięciu miesięcy nie palę, nie piję, nie przeklinam. Znalazłem pracę, czekam na mieszkanie. Nauczyłem się pokory i miłości do ludzi, niezależnie od ich wygladu, przekonań czy sposobu bycia. Chrystus radykalnie zmienił moje życie, dlatego pragnę Mu słuzyć – jeżdże do szkół, do zakładów karnych i opowiadam o Nim. Większość mojego życia spędziłem w więzieniu. Mam na myśli nie tylko czas spędzony w celi. Nawet poza nią nie wiedziałem, co to wolność. Próbowałem wielu rzeczy, ale tylko u Chrystusa znalazłem miłość; to, czego każdy z nas szuka.

Masz okazję rownież Go odnaleźć. On wyciąga do Ciebie swoją rękę. Co z tym zrobisz?
Ja wybrałem Chrystusa, a ty…?

Z Bożym błogosławieństwem, Andrzej